nie wrocilam tu po to aby pisac kolejne notki co tam u mnie, jak zyje itp. chcialam tu zapisac najwazniejsze dla mnie slowa jakie wyczytalam w mojej magicznej ksiazce ktora wlasnie czytam ;) pisze to tu bo gdy oddam ksiazke do biblioteki to bede je miala gdzies, skad nigdy nie znikna.. :) sa dla mnie wazne i juz :P no to se je bede pisac ;)
*...Ale czasem pojechałabym bardzo daleko. Narazie od czasu do czasu podrozuje. Ladnie sie to nazywa. Podroz w nieznane.
Bo podobno w tych snach sa pociagi, a w nich pelno wolnych miejsc, i sa okrety, ktore chca nas zabrac w dlugi rejs. A tutaj jest smutno i tak zwyczajnie. A raczej niezwyczajnie smutno...*
*...Jestem takim malutkim kwiatkiem, wyrwanym z obojetnosci i wsadzonym w skale. Nie przyjme sie tutaj. Ale czeka mnie jeszcze slonce, deszcz i gradobicie. A moze jakis wspanialy ptak osloni mnie swoim skrzydlem...*
*... W samotnosci pragne samotnosci. .... pisze. pisze - ludzie, nadzieja, smutek, smierc. nie pisze - wiara. ... *
*... chodze do szkoly, patrze na moje grzeczne kolezanki i czuje, ze zaczynam nienawidzic. nienawidzic siebie. ...*
*... niekiedy mam wrazenie, ze przegralam swoja walke o zycie, chociaz zyje. nie ma dla mnie ratunku, bo pozostalo mi tylko poczucie bezsensu trwania wsrod zywych. i bol za tamtym wszystkim i przez to wszystko. teraz bedzie bolalo nieustanie...*
*... w klasie potworzyly sie male grupy, ja nadal stoje na uboczu. mam inne zycie. podwojne. tego chcialas, baska?nie. ale masz. wiec odpieprz sie sama od siebie. ...*
*... niespokojny i w jakis sposob tajemniczy...*
*... czulam sie jakas stracona, przekreslona. nie wiem, kim jestem, czuje to i teraz, gdy on w koncu sobie poszedl. jest to jakas absurdalna desperacja. tam pomiedzy mna a reszta swiata. a tym swiatem jest dom. ...*
*... nie ma ludzi niebezpiecznych dla otoczenia. to otoczenie jest dla nich niebezpieczne. oni sie tylko bronia. ...*
*... w domu wielkie milczenie. przychodze ze szkoly, odrabiam lekcje i czuje, ze moje poczucie bezsensu osiaga maksymalne rozmiary. ...*
*...w klasie traktuja mnie z rezerwa ....trudno. na tym akurat mi nie zalezy, co ci ludzie o mnie mysla. a na czym mi zalezy? nie wiem. naprawde nie wiem. ...*
*... tkwie zamknieta w swoim pokoju. leze w lozku i patrze w sufit. zupelnie nie wiem, co sie ze mna dzieje. nie rozumiem tego. czasami cos jem, myje sie i tak leze.... nie chce. nie chce niczego. niech wszyscy zostawia mnie w spokoju. chce byc sama, zupelnie sama. ...*
*... siedze w domu i tutaj czuje sie bezpiecznie. tylko tutaj. tam jest strasznie. tam jest cos, czego sie boje. boje sie cala w srodku. nie chce tam byc. tutaj jest dobrze. chyba zwariowalam albo caly swiat wokol mnie szaleje i chce mnie wchlonac. ...*
*... tak juz ma byc zawsze: poranek, gdy nie chce sie wstawac, zmierzch, kiedy nie nie chce sie jeszcze umierac, wieczor pelen obaw, nie konczace sie noce udrek. juz plakac nie potrafie, chyba nie potrafie. a kochac? gdzie podzialo sie moje uczucie milosci? boze, co ja ze soba zrobilam? ...*
*... i kiedys w moim zyciu pojawil sie filip. i kiedys w czyims zyciu pojawie sie ja. i spotkamy sie wszyscy tam wysoko, wyzej niz szybowce filipa, dalej niz gniew alfy, nawet jeszcze dalej niz moje marzenia...*
*...duzo czytam. to dziwne, ze moge czytac, ze chce mi sie czytac. zyje ot tak sobie, jak przelotny ptak ze zlamanym skrzydlem. nie moge pofrunac dalej. ...*
*... my jestesmy zapomnianym swiatem. do domu wracam na noc. totalnie milcze. boje sie mowic. zapomnialam, jak sie mowi. nie wiem, kim jestem, ale nie wiem tez, kim oni sa. ...*
*... milczenie jest wiecznoscia, kolezanki i koledzy. jacy oni opaleni, wydorosleli. powazne persony. dobre sobie. wygladam przy nich, jakbym byla cieniem. swoim cieniem? nawet chyba nie swoim. ...*
*... slucham tych ich opowiesci i zastanawiam sie nad swoim zyciem. ale mysle tylko o jednym - o tej prawdziwej wolnosci. ...*
*...pani psychiatra usilowala ze mna porozmawiac. nie mamy o czym. nalezymy do innych swiatow. ja jestem stamtad, czyli znikad. nie ma mnie. ...*
*... wszystko stalo sie nagle obojetne. juz nic mnie nie cieszy. jestem jakas taka inna. zawsze bylam inna, ale teraz jestem inaczej inna. ale nie umiem o tym opowiedziec. ...*
*... coraz czesciej mysle o smierci. a raczej o samobojstwie. nie chce juz zyc. niczego juz nie chce....*
*... czego oni we mnie szukaja? nie ma nic do znalezienia. jest pustka. ...*
*... tylko czasami wydaje mi sie, ze jestem gdzie indziej albo, ze ja to nie ja. ...*
*... przeklęte to wszystko co we mnie siedzi... (...) jestem dzieckiem lęku. jestem dzieckiem śmierci, któą noszę w sobie. jestem swoja własną samozagładą. ale jeszcze jestem. czasami tylko przychodzi taka myśl, żeby sobie pozeglować bez powrotu. na tamtą stronę tęczy.
a tu szaro i smutno. mam na lewym przedramieniu wypalone piętno. piętno śmierci... *
*...bo jaki Ty jestes, moj siwcie?niby wszystko takie proste, wszystko ma swoje okreslone miejsce. tylko ze ja nic z tego nie rozumiem albo rozumiem, kiedy jest juz za pozno...*
*...ufam, ze zezwolisz zerwac z wlosow kwiat niebianski i podarowac go Naiwnym...*
*...szklana tafla, w ktorej odbija sie cala nedza cpuna...*
*...czy chcialabym sie zmienic? sama nie wiem. chyba bym juz nie umiala tak jak one. dzieli nas kolosalna przepasc. bez dna...*
*...co tak mnie zmienilo, ze musze zapomniec?...*
*...ja juz je przegralam, czuje to. nawet gdy bede jeszcze dlugo zyla, to zawsze bede przegrana. bo jestem nieuleczalnie chora, sama na siebie...*
*...jestem pelnoletnia. wobec prawa. wobec siebie jestem niczym. jakis tort, swieczki, prawie jak pogrzeb...*
*...ide ulica - puste miejsca
placze - puste slowa
wierze - puste mysli
i na cmentarzu - puste groby
i we mnie jest taka pustka. i w nas wszystkich...*
*...mysle, ze chcialabym umrzec bez bolu. nie duszac sie, tylko tak spokojnie, jak zgasla Iga...*
*...serce mnie boli. i jest to prawda. cos sie z nim dzieje niedobrego, przystaje albo gna jak szalone, do smierci...*
*...ale na poczatku jeszcze tego sie nie rozumie. i nie wierzy sie, ze to spotka akurat mnie. mnie to nie dotyczy. to zabawa. kiedys zrozumieja. zawsze za pozno. taki juz jest czlowiek, ze nie chce pewnych rzeczy pojac, kiedy trzeba. ja tez, kiedys....*
*...moze gdy drgnie ta wielka sila, co nie we mnie juz, lecz ponad wsza niemozliwosc - wtedy odejde na zawsze....*
*...w domu normalka. nie wiem, czy cos sie zmieni. ale i tak ich kocham. tylko co mi z tej milosci przyjdzie? chyba to, ze bede miala pewnosc, ze ktos zaplacze nad moim grobem....*
*...cos mnie dreczy, jestem w fatalnym nastroju. mysle coraz czesciej o samobojstwie. mam dosc szkoly, moich porzadnych kolezanek. jak tak po prostu mozna cieszyc sie zyciem? to dla mnie nie do zrozumienia....*
*...tak jestem nieuleczalna. wszyscy jestesmy nieuleczalni....*
*...nie widze sensu swojej dalszej przyszlosci....*
*...nadal jestem smutna. nie robie nic, a moglabym robic tyle interesujacych rzeczy. i to mnie chyba tak przytlacza. chcialabym z kims o sobie porozmawiac, ale nie mam zaufania do ludzi. chcialabym sie wyleczyc, ale tamto zycie nadal mnie pociaga i fascynuje....*
*...zyje jakby od niechcenia. chyba wciaz szukam sensu tego wszystkiego, co mnie otacza. czy mozna dojrzec przed trzydziestka? wydaje mi sie, ze nie moge istniec. zgubilam sie na drodze do zycia. co bylo wczesniej? kawalek dziecinstwa, wolno - nie wolno, zakazy, nakazy. i wielki bunt. i calkowita przegrana. a w koncu triumf doroslych : "a nie mowilem?" pozostal zapach sal szpitalnych, twarze chorych psychicznie i nienawisc do siwta, ludzi, zycia. i chec samounicestwienia. zyje nadal obok ludzi nawet wsrod cpunow. przeciw zyciu. chyba przestane walczyc o siebie....*
*...potraktowala mnie jak dorosla, dojrzala osobe. a przeciez dzisiaj daleko mi do dojrzalosci. moje zycie to tylko wielki smutek. i dlatego tak to wszystko powaznie wyglada....*
*...przesladuja mnie mysli samobojcze....*
*...jestem dno wklesle. i nie ma kto zapukac od spodu. leze na lozku i sufituje. i to jestem cala ja....*
*...to wszystko boli, cale moje doswiadczenie, koszmar, ktory do tej pory przezylam. niekiedy bardzo pragne, by sie to wszystko skonczylo. chcialabym odejsc, ale tak, zeby to byla swiadoma decyzja, a nie depresyjne przezycie. czasami wydaje mi sie, ze doskonale to czuje, czuje siebie, swiat. jestem pozornie spokojna. i wtedy przychodzi smutek. jak to jest, ze nagle pewnego dnia zaczynasz rozumiec, ze nie mnasz przyjaciela. ta cholerna, idiotyczna pustka wypelnia sie o jeszcze jedna dziure. jestes sama. odczuwasz wtedy dziwny niepokoj. czy mozna mnie oswoic?....*
*...dlaczego wszystko obraca sie przeciwko mnie? bo sama jestem przeciwko sobie. niszcze sie systematycznie, nie daje sobie zadnej szansy. dokonuje okrutnego mordu na sobie. a tak pragne zyc....*
*...dokad idziemy? chyba bardzo daleko, tam, skad nie ma powrotu....*
*...czuje, ze cos minelo, cos sie skonczylo, ale i cos zaczelo. czy wytrwam?....*
*...dalej jestem tylko slepcem zupelnie nie przygotowanym do zycia....*
*...jestem przy koncu wedrowki. wolna od wszystkiego. cos we mnie gnije. czas zatrzymal sie w zniszczonym mozgo i tworze falszywa wizje prawdy. a bylam kiedys czastka swiata ludzi....*
*...kim bylam przedtem? normalna dziewczyna. lubilam rozmawiac z rodzicami. kiedy sie to rozlecialo? gdy zacpalam pierwszy raz? nie, to juz byl skutek pewnych doswiadczen. w domu zaczelo sie psuc. bylo to nieuchwytne, a jednak?...*
*...przyjemniej jest razem umierac. powiedzialam mu, ze nic od niego nie chce. jest zywym trupem..... baska, przeciez my jestesmy oboje juz skazani, wiec po co ta zabawa w psychiatryki...*
*...to spotkanie bardzo mnie przygnebilo. wrocilam do domu i plakalam, nie moglam sie w ogole uspokoic. tak bardzo zachcialo mi sie zyc, i to zyc normalnie....*
*... rzadko wracam do rzeczywistosci. stworzylam sobie swoj wlasny swiat, w ktorym zyje. otoczylam sie ogromnym murem. czasami trzeba wrocic, i to jest przerazajace. niekiedy bywa to nie do zniesienia....*
*...no i zaczynaja sie mysli samobojcze. moglabym to zrobic, mam na tyle towaru, zeby sie juz nigdy nie obudzic. ale ciagle mnie cos powstrzymuje. chyba tak naprawde to chce jeszcze zyc...*
*...mam ochote stad uciec i nigdy nie wracac...*
*...jestem szmata. nie mam odwagi sie przyznac...*
*...tak, wiele zalezy ode mnie. sama siebie moge zniszczyc. czy to nie jest wspaniale? moj swiat jest taki, jaki sobie stworzylam. czesto dzialam destrukcyjnie i przezywam coraz silniejsze wstrzasy po kolejnym upadku. wtedy moje cialo bywa dostosowane do rzeczywistosci, przestrzega pewnych form wspolzycia z ludzmi. zyje zyciem biologicznym. w ciele tym zaczyna powoli dojrzewac JA. dojrzewam w wielkim cierpieniu poszukiwania nowego, moze sensu, moze uczuc? to narasta, dochodzi do punktu kulminacyjnego i ... widze wokol siebie wielka pustke. te pustke czasami wypelnia bol. tak nie mozna zyc. ale czy potrafie inaczej, czy umiem zmienic swoje zycie?
chcialabym sama tego dokonac. nie chce byc znowu ciekawym przypadkiem, beznadziejnym przypadkiem rokujacym poprawe, przypadkiem w ogole. nie chce byc czubkiem, psychotropkiem, stuknieta wariatka. i nie chce byc normalna w waszym nienormalnym swiecie. wiec mam odejsc? nie, jeszcze nie teraz....*
*... oj,baska, marnie zyjesz i marnie skonczysz! juz tylko gadasz ze soba, nie chcesz widziec ludzi i swiat i swiat tez cie nie chce, takiej, jaka jestes teraz. jak dlugo mozna oszukiwac rodzicow? ale czy mam prawo juz teraz odbierac im nadzieje?...*
*...tak ja popelniam przestepstwa. ukochane, jedyne dziecko swoich rodzicow, wychowane w milosci i do wielkich celow. a teraz co?...*
*...co jeszcze zrobie w swoim zyciu, co takiego zrobie, ze nawet nie bede czula do siebie nienawisci? bede tylko potrafila siebie zabic. a moze i nawet tego nie?...*
*...potem okazalo sie, ze nie warto sluchac doroslych. wsluchalam sie w siebie i ponioslam kleske. calkowita przegrana. i tak juz zostalo. ogluchlam na argumenty doroslych. chcieli sie wpiepzyc w moj zyciorys. idioci, nie umieli sie ze mna porozumiec. a przeciez codziennie krzyczalam o pomoc. ale wtedy oni byli glusi i slepi. teraz konczymy sie razem, oni ze starosci, ja z mlodosci. jestem mloda i musze odejsc, isc daleko donikad. mijam delikatnie morfinowe slupki, kompotowe drogowskazy. dojde tam sama, w wielkiej dojrzalej samotnosci. tak jak kazdy z nas...*
*...mowic nie trzeba nic, wszystko widac. cale dno widac...*
*... wolnosc, zawsze o niej marzylam. wydawalo mi sie, ze jestem wolna, bo robie to, co chce. dziecinne marzenia...*
*... jestem coraz bardziej nieufna, juz nikomu nie wierze. i musze ciagle klamac - gliom, rodzicom, nauczycielom. siebie tez oklamuje. zmieniam sie na niekorzysc. czy to juz jest ta psychodegradacja, ktora tak mnie kiedys straszyli?...*
*... jestem dkonczona idiotka, ale chyba juz inaczej nie potrafie. jak mozna zniesc siebie na co dzien? bez celu, bez sensu, bez rozwiazanych problemow, ktore sie ciagna od kilku lat nie wiem.ale wybralam te droge w dol, rowno w dol. nie umiem sie uspokoic. ciagle jestem niespokojna. i wtedy chce, zeby cos sie stalo, cokolwiek...*
*... zapragnelam, by ktos tez mnie tak wzial za reke i prowadzil po tafli lodowiska. miec kogos, byc razem, blisko zawsze... moglabym wtedy jezdzic i jezdzic. moglabym... chcialam kiedys pokochac. zwykla miloscia. moze wtedy wszystko byloby inaczej...*
*...brak wiary w siebie jest poczatkiem konca w zyciu...*
*...zgubilam sie. wiem, ze potrzebuje pomocy. ale nie umiem jej przyjac. wydaje mi sie, ze juz jest za pozno. ona uwaza, ze mam jeszcze z czego wybierac, mam szanse, gdybym tylko zechciala powalczyc o siebie. nie mam sily walczyc o siebie. i uwazam, ze juz nie warto...*
*...bardzo sie zmienilam. czuje, ze przekroczylam jakas dziwna bariere. nie umiem juz kontrolowac swoich zachowan. corazbardziej zamykam sie w sobie. wlasciwie to jzu z nikim nie rozmawiam... obsesja smierci? moze. nie umiem sie juz zatrzymac. umarlam za zycia, automat bez woli, uczuc... przegralam. chyba nigdy nie bylam na drodze do wygranej...*
*...rzeczywistosc jest banka mydlana. gdy mocniej odetchne, wszystko zniknie...*
*...nie umiem sie przebic przez mur nieporozumienia z rodzicami. trudno, przegielam, sama wszystko zniszczylam. zabilam nasza milosc. utracilam to, co chyba najwazniejsze. tak ze nie mam nic do stracenia....*
*...wierze,ze umre niedlugo. boje sie smierci, ale brakuje mi woli zycia. moje zycie to ciagle cierpienie. nie tylko ze wzgledu na zle doswiadczenia. to cierpienie psychiczne. nie potrafie pomoc sobie. ale umeim siebie zabic. nie wiem, co jest trudniejsze, a moze prostsze. gdzies tu tkwi blad, jakas szalona pomylka w moim istnieniu. wydaje mi sie, ze zawadzam na tym swiecie....*
*...on, ktory twierdzil, ze sie nei da, ze trzeba zyc, bedzie zyc, dopoki starczy sil. sted, braklo ci sil? dlaczego? czy naprawde tak trudno tutaj zyc? chyba trzeba wyleczyc sie z siebie. jak tego dokonac, kiedy wierzy sie we wlasne nieistnienie? moja swiadomosc jest osnuta narkotyczna mgla. i tak chodze codziennie posrod cmentarzyska dusz - do mnie podobnych...*
*...Hemingway napisal, ze czlowiek nie jest stworzony do kleski. a przeciez i on popelnil samobojstwo. tylko ze byl nieuleczalnie chory....*
*... odchodze stad. chyba juz nigdy tu nie wroce. zegnaj, rodzinny domku. bylo mi tu kiedys dobrze. zbyt dobrze. choc niekiedy bylo okrutnie. wspolnie przezywalismy koszmar. koszmar, ktory sie juz nigdy nie skonczy....*
*...chcialam sie kiedys z kims zaprzyjaznic, a skazalam sie na samotnosc. moje kontakty z ludzmi zawsze konczyly sie katastrofa....*
*...wyrzeklam sie wszystkiego co ludzkie. a tak zyc nie potrafie. nie umiem juz tak...*
*...mam wrazenie, ze kiedys byalm, a teraz juz mnie nie ma. zyje jeszcze biologicznie moje cialo.a co z reszta? mam czekac na powolna smierc? nic innego juz mi nie pozostalo....*
*...zycie jest nam dane. mamy zyc dla samego zycia. dla cierpienia. smierc ma zakonczyc nasze cierpienie, wiec dlaczego tak sie jej boimy? jestesmy niczym, a ciagle wmawiamy sobie, ze jestesmy kims....*
*...chcialabym z kims porozmawiac. tak naprawde porozmawiac. zeby ten ktos wysluchal mnie i nie potepial. tylko wysluchal...*
*...po co zyjesz na tym swiecie, jezeli nic ci z tego swiata nie smakuje?...*
*...to tak, jak bym byla, a teraz mnie nie ma....*
*... ugrzezlam na samym dnie. widac w lustrze jeszcze tylko oczy, ktore patrza na caly moj upadek. moje oczy, ktore tak kiedys chcialy poznawac swiat. przestaje sie bac. bo chyba wiem, co mam teraz zrobic, wiem to juz od dawna. kiedys utracilam radosc zycia, teraz nalezy doprowadzic rzecz do konca....*
*... zawsze myslalam, ze gdy trzeba bedzieodejsc, to bede sie tego bardzo bala. bo mimo wszystko nikt nie chce odchodzic, gdy sie jest tak mlodym. wtedy tak bardzo chce sie zyc. z tym wszystkiem, co sie kocha, z czlowiekiem, ktorego sie kocha. w tym cholernym zyciu potrzebna jest milosc. bez niej jest wieczna pustka, ktora duzi, zabija, meczy. i wtedy nie mozna byc soba. jest sie dla siebie zupelnie obcym. tak zupelnie i bez reszty obcym dla samego siebie. nie kochalam, nie blo kiedy. ale i nie bedzie juz kiedy. musze odejsc, tak nie mozan zyc, bez nadziei, bez sensu. zniszczylam sama siebie. tego chcialam? o boze, nie wiem. co siewtedy mysli i czuje, gdy przychodzi koniec? umre w tym obcym mieszkaniu, w samotnosci, narkomanska smiercia, bezsensowna smiercia. nie potrafilam odnalezc sie w tym zyciu....*
*...
co chwilka bede tu dopisywac te fragmenty ktore uznam za wazne i sluszne ;) nie musicie czytac i komentowac ... wisi mi to.. :)